Podczas niedzielnego obiadu mój ojciec mimochodem zapytał, jak wykorzystałem 200 000 dolarów, które, jak twierdził, wysłał na zakup mojego domu.
Zamarłam – nigdy nie dostałam ani centa. Upierał się, że moja siostra Brianna wysłała mu mailem moje „dane konta”. Kiedy pokazał nam potwierdzenie przelewu, na koncie widniało moje imię i nazwisko oraz numer ubezpieczenia społecznego – ale to nie było moje.
Zadzwoniliśmy do banku. Przez głośnik przedstawiciel ds. oszustw potwierdził, że konto zostało otwarte online przy użyciu mojej tożsamości. Aktywność logowania wskazywała na nasz domowy adres IP. Pieniądze zostały już wypłacone – wykorzystano je na płatności dla dostawców i czek potwierdzony na mieszkanie w centrum miasta.
Trevor, mój szwagier, zbladł. Brianna powiedziała, że apartament został sfinansowany z umowy z marką.
Przyparta do muru Brianna twierdziła, że to „rodzinne pieniądze” i oskarżała tatę o faworyzowanie. Powiedziała, że potrzebuje mieszkania, żeby utrzymać swój wizerunek influencerki. Głos taty załamał się, gdy odpowiedział: „Mogłeś zapytać”.