CZĘŚĆ 1
— „Jeśli mój syn tu nie jest, to ty też nie powinieneś tu przebywać”.
Mariana poczuła, jak oddech zaciska się w piersi. Jedną rękę przyciskała do dolnej części pleców, drugą spoczywała na brzuchu w siódmym miesiącu ciąży, ale mimo to starała się zachować spokój. Przed nią, ze skrzyżowanymi ramionami i zaciśniętymi szczękami, stała Doña Elvira, jej teściowa, usadowiona pośrodku pokoju, jakby kontrolowała nie tylko dom, ale wszystkich jego mieszkańców.
I szczerze mówiąc, właśnie w to wierzyła.
Od momentu, gdy Mariana poślubiła Diego, wiedziała, że jej małżeństwo nie przyjdzie samo. Przyszło jej to również z zimnymi spojrzeniami Doñi Elviry, jej uwagami podszywającymi się pod rady i zwyczajem szeptania przy gościach, by podnieść głos, gdy tylko drzwi się zamknęły.
„W dzisiejszych czasach dziewczyny zawsze wiedzą, gdzie się osiedlić” – mawiała. „Widać, kiedy szukają pracowitego mężczyzny, żeby nie musiały się męczyć”.
Na początku Mariana starała się nie brać tego do siebie. Powtarzała sobie, że niektóre matki są po prostu opiekuńcze, że z czasem wszystko się poprawi, że może kobieta złagodnieje, gdy dziecko się urodzi. Ale z upływem miesięcy napięcie przestało być jedynie nieprzyjemne, a zaczęło budzić niepokój.
Dom, w którym mieszkali, znajdował się w cichej okolicy, takiej, w której sąsiedzi wcześnie zamiatają chodniki i wiedzą dokładnie, kto wchodzi i wychodzi. Diego odziedziczył go wspólnie z matką po śmierci ojca, ale z szacunku – czy raczej z przyzwyczajenia – nigdy nie ustalił jasnych granic. Dlatego, mimo że płacił za media, zakupy spożywcze, a nawet leki Mariany, Doña Elvira upierała się, że to wciąż „jej dom”.
Kiedy Diego musiał wyjechać na kilka tygodni do pracy, wszystko się pogorszyło.
Na początku to były drobiazgi: Doña Elvira sprawdzała szafki i liczyła jogurty, wchodziła do sypialni pod pretekstem zabrania cudzych ubrań, otwierała szuflady, sprawdzała kremy i układała rzeczy Mariany według własnego uznania. Jeśli Mariana zostawiła kubek w zlewie, kobieta narzekała. Jeśli odpoczywała, bo miała spuchnięte stopy, mówiła, że kobiety w ciąży prały ubrania ręcznie i nigdy się nie skarżyły.
—Mój syn chodzi do pracy tak wyczerpany, że aż padnie z nóg, a ty sobie tu wygodnie siedzisz — warknęła pewnego popołudnia, gdy Mariana podgrzewała zupę.
—Przygotowuję lunch, proszę pani.
—Jedzenie nie przygotuje się samo i nie daje Ci prawa do tego, żebyś czuł się szefem.
Mariana z trudem przełknęła ślinę. Wiedziała, że reakcja może pogorszyć sytuację, ale milczenie też nie pomagało. Każdego dnia kobieta naciskała dalej, jakby chciała ją zmusić do złamania.
Najgorszy nawyk Doñi Elviry zaczął się tydzień później: sprawdzała telefon Mariany za każdym razem, gdy odchodziła od niego lub zasypiała. Czasami rozmowy były przenoszone, a czasami wiadomości znikały. Mariana wiedziała o tym, bo Diego przestał odpowiadać po tym, jak wysłała ważne wiadomości. Kiedy ją skonfrontowała, kobieta nawet nie udawała niewiniątka.
—Jeśli nic nie ukrywasz, nie powinno cię to martwić.
—To moja prywatność.
—Prywatność jest w hotelach, nie w domach kobiet zamężnych mieszkających pod moim dachem.
Mariana chciała natychmiast zadzwonić do Diego, ale znajdował się w okolicy o słabym zasięgu i mógł odebrać tylko krótko. Nie chciała go martwić. Pracował po godzinach, przygotowując się na przyjście córki. Za każdym razem, gdy jej głos się łamał, przerywała, myśląc o dziecku i o zaleceniach lekarza, by unikać stresu, i postanowiła wytrzymać jeszcze jeden dzień.
Jeszcze jeden dzień.
Zawsze jeszcze jeden dzień.
Aż nadeszła niedziela.
Mariana obudziła się z uczuciem ciężkości, bólem pleców i dziwnym dyskomfortem w podbrzuszu. Nie był to ostry ból, ale cichy sygnał, że coś jest nie tak. Postanowiła zostać na chwilę w łóżku. Była ledwie dziewiąta, gdy Doña Elvira weszła do pokoju bez pukania.
—Wstajesz, czy mam podnieść ci też materac?
Mariana powoli wstała.
—Nie czuję się dobrze.
—Oczywiście. Nagle czujesz się źle, kiedy Diego nie ma.
Nic nie powiedziała. Poszła do łazienki, ochlapała twarz wodą, po czym wróciła zdeterminowana, by przygotować coś prostego. W kuchni panował chaos. Brakowało jej witamin. Podobnie jak teczki z dokumentami. Szukała wszędzie.
„Szukasz tego?” – zapytała Doña Elvira, trzymając teczkę między dwoma palcami. „Mam już dość widoku twoich rzeczy wszędzie”.
—Proszę pani, to są moje płyty.
— Nie przesadzaj. Jakbyś była pierwszą kobietą w ciąży.
Mariana zrobiła krok naprzód, ale kobieta ją odsunęła.
—Powiedzmy sobie jasno. Ten dom to nie hotel. Mojego syna tu nie ma i nie będę się tobą dalej opiekować. Przyjechałeś tu dla wygody. Wiedziałem to od początku.
Mariana poczuła, jak gorąco napływa jej do twarzy.
—Nie przyjechałam dla pieniędzy. Pracowałam już przed ślubem z Diego.
—Praca? Twoja pensja nie pokryje nawet kosztów pieluch.
—Nie pozwolę ci tak do mnie mówić.
—A kim ty jesteś, żeby pozwalać na cokolwiek w moim domu?
Kłótnia szybko eskalowała. Miesiące stłumionych słów wypłynęły nagle. Mariana poprosiła o szacunek. Doña Elvira ją odprawiła. Mariana powiedziała, że decyzje należy dzielić z Diego. Kobieta uderzyła w stół.
„Mój syn byłby nikim beze mnie! A to dziecko, które nosisz w sobie, już nas dzieli!”
To bolało.
Więcej niż słowa.